niedziela, 17 września 2017
wtorek, 25 kwietnia 2017
haul- rossmann -49% (-55%)
Hej kochani. Dzisiaj przychodzę do was po znowu dość długiej przerwie, za co naprawdę przepraszam. Wiecie, święta (jechałam na świąteczny weekend do rodziców), szukanie pracy, rozmowy, porządki. Nie miałam też zbytnio pomysłu o czym napisać.
Po powrocie ze Śląska, właściwie w ostatnim momencie, dowiedziałam się o legendarnej już promocji w Rossmannie. Nie wiem czemu to przeoczyłam. Może dlatego, że (z tego co zauważyłam, ale może jestem w błędzie, więc mnie poprawcie) np. w telewizji nie było nawet pół wzmanki o promocji, jak to miało miejsce w ubiegłych latach.
No ale mniejsza z takimi szczegółami, ważne że dowiedziałam się o tym na czas.
Chłopak powiedział mi, że mogę wydać na te "pierdoły" więcej kasy, ale tak, żebym obkupiła się przynajmniej na kilka następnych miesięcy, jak nie rok (czyli innymi słowy dostałam błogosławieństwo, hehe). Rozumiecie to, że powiedział, że Rossmann obok jego pracy jest otwarty od 9, on ma do pracy na 10, więc w pierwszy dzień promocji mogę jechać z nim. Takiego to ze świecą szukać!
Dowiedziałam się również, że ta promocja będzie różniła się od poprzednich. Wcześniej był to tydzień twarzy, tydzień oczu, tydzień ust. Teraz promocja trwa 8 dni i jest to 8 dni promocji na całą kolorówkę. Dodatkowo jeśli posiadacie wirtualną kartę Klubu Rossmanna (aplikacja Rossmann PL), przy zakupie trzech różnych produktów (np. pomadka, tusz do rzęs i podkład) promocja z -49% wrasta aż do -55% (niesamowita możliwość).
Moje zakupy od samego początku były straszne. Tłumy przy szafach, pustki w niektórych miejscach (godzinę po otwarciu punktu, w pierwszy dzień promocji), przepychanki, brak szafy Lovely (śmiech na sali). No ale jakoś dałam radę, więc przejdę już do pokazania moich zdobyczy.
BOURJOIS Healthy Mix - podkład rozświetlający
Był numerem 1. na mojej liście zakupów i wpadłam w panikę, kiedy zobaczyłam, że w szafie Bourjois zostały same za ciemne dla mnie kolory. Kilka razy przeszłam obok. Nie wiedziałam co teraz. Nie chciało mi się szukać w Łodzi Rossmana, w którym znalazłabym swój kolor. Nagle coś mi zaświtało w głowie. Przecież ja też tak robiłam. O co chodzi ? O odkładanie sobie na później czegoś, chowając to między innymi produktami. Podeszłam jeszcze raz do szafy i zaczęłam przeglądać numery. I ? I znalazłam ! Jeden jedyny, ostatni (bo w szufladzie pod szafą pani też już nie znalazła). Włożyłam swoją 52-kę do koszyka i pilnowałam go jak oka w głowie (naczytałam się, że bywają tak ciężkie przypadki wyciągania produktów z koszyka kogoś innego..ale byłam też gotowa rzucić się w pogoń, hehe).Chciałam wypróbować coś nowego, lżejszego od Revlon Colorstay. No i mój wybór padł właśnie na Helthy Mix (i z powodu wielu jego dobrych recencenzji i z powodu próbki, którą kiedyś otrzymałam i zakochałam się bez końca).
Zapach, formuła i to jak zachowuje się na mojej twarzy to marzenie. Ah.
MAYBELLINE Affinitone - korektor
Następnym punktem do twarzy był korektor. Nigdy nie miałam jakiegoś poważniejszego korektora, więc na pierwszy raz postawiłam na Affinitone w kolorze 01. Bardzo dobrze zachowuje się pod oczami (jeśli się go umiejętnie przypudruje), na oczach jako baza pod cienie i jako kamuflaż niedoskonałości.
BELL HYPOALLERGENIC Illuminating & Contour Stick
Sztyft do konturowania miałam już wcześniej, ale był już na wykończeniu więc postanowiłam kupić nowy. Sztyft rozświetlający był lekko wymuszony (brakowało mi trzeciego innego produktu do -55%) ale jestem bardzo zadowolona z tego zakupu. Świetnie sprawuje się sam (wystarczy tylko przejechać raz po kości jarzmowej i lekko wklepać), jak i z tradycyjnym rozświetlaczem (jako baza).
Skład obu produktów jest hypoalergiczny (co jest mega plusem), nie są ciężkie i kolorystycznie pasują do mojej cery i urody.
LOVELY Gold & Silver Highlighter
Tak jak w przypadku sztyftu z Bell, posiadałam już wcześniej złoty rozświetlacz. Zdążył mi już spaść z parapetu, pękając przy tym na milion kawałków. Postanowiłam więc kupić nowy i dodatkowo wypróbować jeszcze srebrny odcień (który właśnie idealnie pasuje do sztyftu rozświetlającego z Bell). Nie będę się rozpisywać na ich temat, bo chyba wszyscy wiedzą, że są to naprawdę świetne produkty, których aż grzech raz nie wypróbować.Na dole macie zdjęcia sztyftu, silvera i golda w mocnym słońcu i normalnym świetle.
CARMEX Pomegranate Stick- balsam ochronny
Nie byłabym sobą, gdybym nie kupiła chociaż jednej pomadki ochronnej.
Tym razem padło na Carmex. Zaintrygował mnie bardzo granatowa opcja zapachowa.
Przy pierwszym użyciu przeżyłam szok. Nie byłam gotowa na takie nawilżenie. Dodatek mentolu spotęgował mój szok, bo usta na początku mnie piekły, a po chwili poczułam chłód.
W połączeniu z pomadką- peelingiem Sylveco to maleństwo czyni cuda. Moje usta pierwszy raz są takie miękkie i nawilżone. No i ten zapach!
RIMMEL Lasting Finish Lipstick
Nigdy wcześniej nie miałam nic z Rimmela. Teraz postanowiłam kupić coś.. padło na pomadkę.
Nie jest matowa. Właśnie tego chciałam. Lekkiego blasku. Nawilżenia. No i wiosennego koloru (czego nie wiedzieć czemu nie oddają zdjęcia). Kolor 012 jest to ciepły róż, naturalny, idealny na wiosnę i lato. Ciepła dodają mu brzoskwiniowe tony. Bardzo przyjemna konsystencja. Wesoły kolor. Jak już pewnie zauważyliście, mam manie na punkcie wąchania kosmetyków. Zapach tej pomadki mnie powalił. Słodki, porównywalny do zapachu Healthy Mix. Razem tworzą idealną sałatkę owocowo zapachową, hehe.
WIBO Matte Intense- pomadka matowa
Znowu wspieram polskie produkty. Wibo musiało się tutaj pojawić. Tym razem matowa pomadka. Piękna czerwień. Piękny zapach. To mega eleganckie opakowanie. Ale tym razem, mały minus. Strasznie tępa. Ile ja się namęczyłam kiedy malowałam się nią po raz pierwszy. Może po nocy spędzonej na parapecie (oka nie grzeszą super szczelnością) trochę ją przymroziły. Mam nadzieję, że jej przejdzie. Bardzo przyjemnie się ją nosi na ustach, nie wysusza. Trzymajcie kciuki za naszą współpracę, hehe. Chyba, że te pomadki tak już mają. Dajcie znać w komentarzach czy macie o nich jakieś zdanie.
EVELINE Aqua Platinum- pomadka ultra nawilżająca
Miałam już kiedyś pomadkę z ten serii, ale niestety gdzieś mi się zapodziała. W sklepie nie mogłam jednak znaleźć koloru, który miałam wcześniej, więc już nie rozmyślając wzięłam coś innego.
Malinowy kolorek także będzie idealny na wiosnę.
Rzeczywiście, pomadka nawilża usta. Mega plus za taką właściwość. Znowu bardzo ładny kolor i zapach.
WIBO Lips to kiss, Long lasting lipstick- pomadka w kredce
Pomadkę w kredce mam z Lovely (ale jak już wspominałam, w pierwszym Rossmanie, w którym byłam nie było szafy Lovely). Tym razem wybrałam podobną tylko Wibo. Ciemny brudny róż to mój faworyt. Przyjemna konsystencja. Forma kredki ułatwia malowanie.
MAYBELLINE Lash Sensational- wodoodporny
Też naczytałam się dużo pozytywnych recenzji na temat tego tuszu (a raczej jego drugiej, mniej wodoodpornej wersji).
Nie mam do niego żadnych zarzutów. Wystarczy jedna warstwa, żeby rzęsy ładnie się prezentowały.
Szczoteczka rozdziela rzęsy, dostarcza wystarczającą ilość produktu.
No ale zmywanie wodoodpornego tuszu to katorga. Mogłam to przewidzieć, hehe.
WIBO Growing Lashes Stimulator- maskara pogrubiająca, stymulująca wzrost rzęs
Na chwilę obecną używałam tego tuszu raz, do tuszowania dolnych rzęs (szczoteczka bardzo to ułatwia). Muszę sprawdzić czy rzeczywiście stymuluje rzęsy. Fajnie byłoby gdyby tak.
LOVELY Curling Pump Up
Na temat tego tuszu słyszałam również same pozytywy. Szczoteczka podobna do tej z Maybelline.
Jeszcze jej nie używałam ale coś czuję, że będzie bardzo fajnie wyglądał na rzęsach.
LONG4LASHES- pielęgnacyjny tusz do rzęs
Tuszy nigdy za dużo. Postawiłam jeszcze na tusz Long4Lashes. Chcę sprawdzić czy poprawi kondycję moich rzęs (chociaż na nie nie narzekam, ale może będzie jeszcze lepiej). Malowałam się nim tylko raz, ale bardzo fajnie wyglądał na rzęsach. Zmywanie go też mnie zaskoczyło. Traktując oczy olejem kokosowym tusz zaczął się "kulkować" i wystarczyło zetrzeć to mokrą chusteczką i umyć normalnie twarz. Czekam na efekty.
MISS SPORTY Pump Up Booster Khol Kajal- kremowa kredka do oczu
Jako że nie znalazłam szafy Lovely, z której chciałam kredkę do oczu Nude, postawiłam na kremową kredkę automatyczną z Miss Sporty, w kolorze Luminous Beige. Idealna na linie wodną, jako rozświetlenie wewnętrznego kącika oka. Bardzo uniwersalna. Przyjemna formuła i budowa. Zastanawiałam się jeszcze nad kupnem koloru 004 Gleaming Turqoise, piękny kolorek na wiosnę.
No i to już wszystko. Wydałam koło 130 zł, ale było warto. Gdyby nie dodatkowe bonusy promocyjne wydałabym dużo więcej.
Udane zakupy poprawiły mi humor, który ostatnio psuła beznadziejna, niemalże zimowa, pogoda.
A Wam co udało się upolować? Jak przeżyliście te dzikie tłumy w drogeriach? Pochwalcie się w komentarzach.
Ja uciekam. Odsyłam was na mojego Insta .
piątek, 7 kwietnia 2017
Daily make up
Hej ! Zmiana pogody strasznie źle na mnie wpływa. Ciśnienie sprawa że umieram na ból głowy. Cierpię na życiową niechęć do czegokolwiek. Jednym słowem masakra. Niech te cudownie ciepłe dni wrócą szybciutko.
Żeby jakoś się rozweselić usiadłam do mojej prowizorycznej toaletki (szeroki parapet bardzo dobrze sprawuje się w tej roli). Chwyciłam za pędzle i.. powstał mój codzienny makijaż (oczywiście kiedy nie jestem zbyt rozleniwiona na jakikolwiek makijaż).
Efekty możecie zobaczyć w dalszej części posta.
Moim najlepszym towarzyszem od rana jest zielona malinowa herbata i żelkowe misie od Noble Health.
Przechodząc do makijażu. Jak już prawdopodobnie wspominałam- mistrzem nie jestem, może kiedyś nabiorę wprawy. Chociaż sądzę, że nie jest źle z moimi umiejętnościami.
Przechodząc do makijażu. Jak już prawdopodobnie wspominałam- mistrzem nie jestem, może kiedyś nabiorę wprawy. Chociaż sądzę, że nie jest źle z moimi umiejętnościami.
Zaczynam od oczyszczenia twarzy i nawilżenia jej.
Do oczyszczania posługuję się pianką arbuzową z Under20. Poza cudownym zapachem, radzi sobie świetnie z oczyszczaniem twarzy i zwężaniem porów.
Nawilżenie zapewnia mi odżywczy krem Himalaya Herbals. Nie zawiera tłuszczu (dzięki Bogu, bo moja mieszana cera płakałaby). Naturalny skład i przyjemny zapach to kolejne plusy.
Kolejnym etapem jest zakrycie małych nieprzyjaciół, którzy nawiedzili moją twarz w ten specjalny moment miesiąca (pewnie prawie każda dziewczyna zna mój ból). Używam do tego paletki korektorów z Lovely (z tego co widziałam w Rossmannie, teraz jest dostępna w innych kolorach, ale moja ma już chyba ze 2 lata, więc nie dziwcie się :) ).
Zabieramy się za oczy. Przeważnie maluje tylko rzęsy i lekko podkreślam dolną powiekę brązową kredką. Jednak jeśli mam więcej czasu (i motywacji) tworzę lekko przydymione brązem i ciepłem oko. Dzisiaj postawiłam właśnie na tą drugą opcję.
Użyłam do tego paletki Salted Caramel od Makeup Revolution (cud, miód i.. karmelki).
Jako bazy używam najjaśniejszego korektora z paletki, z której korzystałam wcześniej.
Utrwalam to najjaśniejszym cieniem z paletki (który chyba jest właśnie do tego przeznaczony). Następnie jako bazę pod brązy używam pomarańczowego cienia, na którym zaczynam pracować drugim od lewej na samym dole ciepłym jasnym brązem. Ostatnim kolorem w tym makijażu jest czekoladowy (chyba najbardziej napigmentowany i najładniejszy, moim zdaniem, kolor w tej paletce. Dwóch ostatnich używam również na dolną powiekę, razem z kredką, o której wcześniej wspominałam.
(Po co tuszować rzęsy od razu po pomalowaniu oczu, kiedy można zrobić to właściwie pod koniec)
Teraz czas na podkład. Używam do tego kultowego już podkładu Revlon Colorstay w kolorze 180 Sand Beige (przeznaczonego do skóry tłustej i mieszanej). Ostatnio uczę się używać gąbeczki silikonowej, ale jakoś nie potrafię się do niej przekonać. Wolę chyba jednak tradycyjne beauty blendery i pędzle.
Róż i rozświetlacz biorę z paletki (także do konturowania) z Wibo (uwierzcie na słowo, bo opakowanie jest już strasznie przeze mnie zwichrowane. Bronzer (mój ulubiony) skończył mi się dawno temu, rozświetlacz jak widać także już na wykończeniu, a w różu chyba także za niedługo dobije denka.
Jeszcze tylko utrwalenie miejsc newralgicznych (u mnie nos i jego okolice, małe miejsce między brwiami i broda). Używam ostatnio do tego sypkiego pudru- fixera z Wibo. Wklepuję go gąbeczką gdzie trzeba i gotowe.
Dalej wreszcie nadszedł czas na tusz i brwi. Jestem naprawdę zakochana w swoich (kiedyś strasznie denerwujących) rzęsach. Wystarczą 2 warstwy tuszu (u mnie teraz Borjouis Volume Glamour Ultra Care (prezent świąteczny od mojej kochanej teściowej)), żebym słyszała pytania w stylu "gdzie robiłaś rzęsy, że nie wyglądają tak sztucznie?!". Co do brwi, pisałam już o tym na blogu na Nouw. Lubię swoje krzaczaste, naturalne brwi. Podcinam je czasami i wyrywam kilka włosków, które stanowczo występują poza (dziki) szereg. Używam tylko kredki do ładnego zakończenia brwi i wypełnienia małych luk nową kredką w kolorze Brown od Golden Rose.
Dalej juz tylko usta. Najpierw używam pomadki z peelingiem Sylveco. Ratuje moje wiecznie spierzchnięte usta. Na to nakładam odrobinę błyszczyku Spicy Gloss od .... tu tu du du ... Wibo (tak, tak, wspieram polskie produkty, hehe). Ale podkreślam, odrobinę błyszczyku. Nie lubię tego pełnego efektu, niezależnie od produktu..żeby jeszcze złagodzić to wszystko palcem rozcieram kontury.
No i to wszystko. Jak tak teraz patrzę to jest tego dość dużo, a jak się maluję to robię to w mgnieniu oka. To już chyba kwestia wprawy.
Dajcie znać co myślicie o tym makijażu i czy podoba Wam się taka forma posta. Muszę wiedzieć jak mi idzie to moje blogowanie.
Ja uciekam. Zapraszam na Insta.
Buziaki,
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)

